środa, 8 marca 2017

Żyję... Jeszcze



Cześć i czołem. Dawno mnie nie było. Ciężko i trudno było przez ostatnie miesiące. Nawet nie zauważyłam a minęło od mojego ostatniego wpisu 5 miesięcy. Trudny był to okres dla mnie, wiele się działo, niestety dość nieprzyjemnych dla mnie rzeczy. 

Na początku grudnia zaczęły się moje problemy ze zdrowiem. Płaczliwość, kołatanie serca, zmienne nastroje, wymioty, spadek wagi. Po może dwóch dniach doszły do tego mega przesuszone powieki, swędzące, opuchnięte. Następnie katar i uczucie zatkania. Zapisałam się do lekarza rodzinnego, który praktycznie tylko mnie osłuchał i powiedział, że mam nie wymyślać, bo zdrowa jestem. Pod koniec grudnia doszło do tego, że zaczęłam spać na siedząco, bo nie mogłam się położyć. Miałam taki ucisk w klatce, jakby mi ktoś na niej siedział. Duszność, zawroty głowy, mroczki przed oczami. Dokładnie 2 stycznia poszłam do lekarza prywatnie. Zbadał mnie i orzekł jakiś problem z sercem i nadciśnienie. Dostałam leki i zalecenie odpoczynku. Tylko jak odpoczywać z prawie dwulatkiem z nad aktywnością. 
Następnego dnia wszystko zaczęło się powoli normować. I wtedy jak grom z jasnego nieba Leoś zachorował. Katar, odparzenie tyłka (on przy katarze momentalnie dostaje biegunki). Cudownie po prostu. Nic tylko w łep sobie strzelić. Dodatkowo jeszcze P na delegacji. Katar trwał prawie dwa tygodnie, doszedł do tego katar i gorączka ponad 39 stopni, więc postanowiłam pojechać do przychodni, niech go lekarz obejrzy. Spakowałam Leosia, wsiadłam do auta i pojechaliśmy do przychodni. Zarejestrowałam go, poszliśmy się rozebrać z kurtek. Leoś zajął się rysowaniem, ja obserwowałam. I w pewnym momencie poczułam się bardzo źle. Poprosiłam siedzącą obok panią o wezwanie pielęgniarki i to ostatnie co pamiętam. Obudziłam się w szpitalu. ( Leosia z przychodni odebrała moja koleżanka, od koleżanki P, a wieczorem przyjechała moja mama. Także Leoś był bezpieczny, a ja jeszcze przez długi czas miałam wyrzuty sumienia, że go zostawiłam). Podobno odleciałam im w przychodni dwa razy, wezwali karetkę. W karetce im się zatrzymałam, brak oddechu, brak bicia serca. Udało im się mnie przywrócić. W szpitalu badania, kroplówki, zastrzyki i zostawienie sama sobie. Oczywiście nic nie wykryli, nie wiedzą co mi jest. Także sama nie wiem co jest grane. 

Przez połowę stycznia i luty dochodziłam do siebie. Teraz jest już jako tako. Nadal dokuczają mi powieki. Nadal są mega wysuszone. Żadne kremy, olejki nie pomagają. Mam ochotę wydrapać sobie oczy. Już nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam pomalowana, mało tego, nie pamiętam kiedy ostatni raz miałam pomalowane rzęsy. 

Także jak widzicie u mnie nie za ciekawie. Ale mam nadzieję, że z dnia na dzień będzie już tylko coraz lepiej. 

Pozdrawiam




wtorek, 4 października 2016

Trochę prywaty


Dużo się dzieje ostatnio. Leoś daje do wiwatu. Jakby go ktoś nakręcił. Nad aktywne dziecko Wszędzie wejdzie, wszystko musi zobaczyć, dotknąć. To moje zwariowane dziecko zasypia najwcześniej o 23. Na dodatek wyeliminował sobie całkowicie drzemki w ciągu dnia i nie sypia wcale. Ani pięciominutowej drzemki. Nie wiem po kim on to ma. Ja jestem straszny śpioch. P też jak by tylko miał możliwość to by zrobił sobie drzemkę w ciągu dnia. A Leoś nie. Nie, bo nie, nie, bo nie jest zmęczony. A ja czasem padam na nos. 

Na dodatek ostatnio myślałam, że go rozszarpię. Wszystko zaczęło się od tego, że w sobotę P pozwolił mi dłużej pospać i sam rano zajął się Leosiem. Tak więc pospałam sobie i zapowiadał się piękny dzień, aż do momentu gdy zauważyłam, że nie ma aparatu. P oczywiście skwitował, że gdzieś położyłam i mam nie panikować, a ja na 100% pamiętam, że w okolicach 2 nad ranem w sobotę kładłam aparat koło laptopa. Zgrywałam jeszcze zdjęcia. Tak więc sobotę spędziłam na poszukiwaniach i odgruzowywaniu wszelkich kątów. A aparatu jak nie było tak nie ma. Pod koniec dnia P sobie przypomniał, że rano wynosił jeszcze kosz ze śmieciami. Tak więc chyba zagadka się rozwiązała. Leoś ma ostatnio fazę sprzątania i jak coś znajdzie to wrzuca do kosza. Zaczęło się od tego, że przynosił soczek w kartoniku, a później ten pusty kartonik sam musiał wyrzucić. Nie daj Boże mu nie pozwolić. Pisk, płacz, furia. Tak więc skoro chce, niech wyrzuca. Przynajmniej chodzić do kosza nie trzeba. I zakładam, że pewnie było tak, że pooglądał, znudziło mu się, albo nie umiał włączyć i uznał, że zepsute, tzn kosz. I pewnie wrzucił, P nie sprawdził i tak się pozbyłam aparatu. Na zmianę wpadałam w furię, to znowu płakałam z bezsilności. P obiecał kopić mi aparat. Ten co miałam już jest wycofany ze sprzedaży. I teraz problem, bo chcę, żeby robił dobre zdjęcia, łapał szybko ostrość, a jednocześnie był niewielki i mieszczący się do damskiej torebki. Tzn do mojej nawet lustrzanka się zmieści, ale gdzie wtedy trzymać inne rzeczy. A rzeczy mam na prawdę sporo. Mam na razie dwóch konkurentów i się ciężko zastanawiam który wybrać. A jeszcze P marudzi, że ten drogi, ten niefajny, ten ma beznadziejne "bebechy". To tak jak z moim laptopem. Od 5 lat jesteśmy zdecydowani na zakup, ale wiecznie coś P nie odpowiada. On najchętniej wybrałby duży, ciężki i absolutnie koszmarny wyglądem, a ja kieruje się przede wszystkim tym, że ma być nie za duży, ale ma nie mulić jak Warszawa w godzinach szczytu. I tak od 5 lat P kupuje mi laptopa. Na razie korzystam ze starego Dell'a i szlak mnie czasem trafia. Bo on w żadnym wypadku mobilny nie jest. 

Ale żeby ten post nie był całkiem pesymistyczny pochwalę się moim małym kącikiem szyciowym. Wyprowadziłam Leosiowe rzeczy do Leosiowego pokoju, a przytaszczyłam sobie biurko i pufkę. Mam swój własny malutki kącik szyciowy. I nie muszę teraz co chwilę składać i rozkładać maszyny. Mam święty spokój. Jednym słowem, moje i wara od tego. Nawet palcem nie tknąć, bo przy 4 literach ukręcę. Na razie jest to tylko takie prowizoryczne, będzie jeszcze lampka i chcę tablice korkową powiesić na ważne sprawy. Ale jest mój malutki azyl :)




Pozdrawiam



poniedziałek, 26 września 2016

Targi Beauty Forum & Spa w Warszawie



Ostatnio często bywam poza miejscem zamieszkania. Nosi mnie. I tak właśnie wczoraj wyniosło mnie do Warszawy. Mąż był tak dobry, że nawet mnie zawiózł. Autostrada jeszcze ok, ale poruszanie się po Warszawie to nie moja bajka. Na Targi jednak dojechaliśmy. Tłumy niesamowite, ścisk wielki, ale dałam radę. I jak zwykle poszalałam na koniec miesiąca. Całe szczęście, że zabrałam ze sobą męża, bo by było krucho z portfelem :) Wynudził się jak rolmops, ale dzielnie pomagał w staniu w kolejkach :)

Pierwszym stanowiskiem, które odwiedziłam było Indigo. Miała kupić 3 lakiery hybrydowe, nawet miałam ze sobą listę. Niestety, poległam. Najpierw załatwiłam zakupy z kartki, a później jeszcze zdecydowałam się na trochę innych kolorów. I tak skończyłam zakupy z 9 lakierami hybrydowymi, dwoma kremami do rąk i balsamem do ciała. Na zdjęciu zabrakło jeszcze pyłku Holo w kolorze Tiffany. 


Balsam to Richness Body Lotion Arome 99, kremy do rąk o zapachu Orient. Co do lakierów to od góry od lewej:  
( 5 ml ) Jupiter, Glam Rock, Aurora, 
( 10 ml ) Spring Break, Shanghai, Istambul, 
( 5 ml ) J'adore, Storm, Elegance.

Natępnie pokopytkowałam do NeoNail gdzie miałam kupić bazę do lakierów hybrydowych i niestety nie było. Ale zdecydowałam się na 3 kolory: 2 z serii Patrycji Kazadi ( Naked Truth i Tiger Lily ) oraz jeden z normalnej kolekcji w odcieniu Rosy Brown.



Przy stoisku odbywał się teżź konkurs z nagrodami od NeoNail. Trzeba było tylko odpowiedzieć na jedno proste pytanie. I wygrałam. Zobaczcie jaka fajna nagroda


Jest to materiałowa torba z bardzo ciekawym napisem :) A w środku tej torby było to


Smycz do kluczy, długopis, 4 przypinki z tym samym napisem co na torbie i najważniejsza rzecz: mała lampa LED. 



Cudeńko na prawdę jest niewielkie, podłączana na USB. Nie będzie zabierać miejsca na wyjazdach :D

Bardziej nie szalałam. Mój portfel i tak sporo schudł. Inglot miał fajną promocję - 20% na kosmetyki, -10% na artykuły typu torby, pędzelki itd. W Maestro była bodajże promocja na pędzelki do oczu za 10 zł. 

A jak Wam minął weekend??



poniedziałek, 15 sierpnia 2016

To co zakupoholicy kochają najbardziej



Zakupy, która z nas nie ma z tego przyjemności. A jeżeli jeszcze kupuje się to co bardzo się chce to już w ogóle. Ja jestem zakupoholiczką. Nie ukrywam tego. Owszem staram się ograniczyć zakupoholizm do minimum, ale czasem jest jak jest. Jeszcze przed weselem pojechaliśmy na Śląsk. I jak się okazało całe szczęście, że wyciągnęłam P do sklepu na poszukiwania spodni od garnituru, bo stare gdzieś posiał, a w bojówkach na ślub nie pójdzie. Zwiedziliśmy całe mnóstwo sklepów i zawsze trafialiśmy na spodnie slim. Już nie wiem, czy tylko takie ostatnimi czasy spodnie produkują. Na długość dobre, na udach mocno w sam raz. A P ma jeszcze dość rozbudowane mięśnie od grania na organach. Lata szkoły muzycznej i ćwiczeń pozostawiły po sobie ślad. Tak więc wszystkie spodnie były dość opięte na udach i klops. P bronił się rękami i nogami przed wizytą w Silesii, ale jakoś udało mi się go wytargać. I trafiliśmy do sklepu "Bytom". Mój szósty zmysł mnie nie zawiódł i odpowiednie spodnie znaleźliśmy bez problemu. W zamian ja polazłam do Douglasa na "rzucenie oczkiem". Spotkałam tam Asię z bloga http://www.asiablog.pl/ Okazało się, że tam pracuje, a dodatkowo jest tam też MAC. I tak trafił do mnie podkład Pro Lonwear NC20 i pomadka Brave. Na te rzeczy już od dłuższego czasu miałam chętkę, ale zawsze brałam coś innego. Tym razem nie mogłam sobie odmówić. Przy kasie okazało się, że P płaci ( i wtedy plułam sobie w brodę, że nie wzięłam jeszcze połowy sklepu :) ). 

Po jakimś czasie już w okolicach początku sierpnia P szukał zamiennika dla Canona 1000D. Na poszukiwania wybrał się do Wrocławia, a dokładnie do Magnolii. Więc znowu tam gdzie MAC się znajduje. Tym razem to ja postanowiłam sobie zrobić prezent urodzinowy i zakupiłam róż w odcieniu Dainty, korektor Pro Lonwear NC20 i rozświetlacz Soft & Gentle. Ten rozświetlacz też mi chodził po głowie już bardzo długo. I moje małe zakupy MACzkowe wyglądały tak



A wczoraj wybrałam się do naszej ostrowskiej galerii w poszukiwaniu palety cieni w odcieniach matowych. Poszukiwałam Essential Mattes ale znalazłam tylko Essential Mattes 2. Nie było źle. Myślałam jeszcze nad Iconic 2 ale stałam w tym sklepie i błagalnym wzrokiem patrzyłam na P, aby mi doradził, która wybrać. I tak zamiast z jedną paletą wyszłam z czterema. 


Acid Brights, Essential Mattes 2
Mermaids Vs Unicorns, Essential Day To Night

Mój kuferek kosmetyczny jest na jakiś czas zaopatrzony. Tzn dopóki coś ciekawego nie wpadnie mi w oko. Teraz jeszcze czekam na dostawę do sklepu palet Morphe Brushes i już będę całkiem usatysfakcjonowana. 


Pozdrawiam



poniedziałek, 18 lipca 2016

Fryzjerskie perypetie



Dziś z trochę innym postem, ale jestem świeżo po weselu szwagra i muszę Wam coś opowiedzieć. Pewnie kilka osób wie, ale ostatni tydzień spędziłam w Białymstoku. Było bardzo przyjemnie, pozwiedzaliśmy trochę Mazury, a w sobotę bawiliśmy się na weselu Pawła i Kasi. Dziś już w domu, wyspana i choć odrobinę wypoczęta zasiadłam do napisania postu. Miał być całkiem na inny temat, ale.. Zapraszam do czytania

16 lica już od samego rana było nerwowo. Wiadomo, przygotowanie się do najważniejszego dnia przysparza odrobinę nerwów. Jeszcze ostatnie przygotowania czyli mycie auta itp. Ja miałam wszystko dopięte na ostatni guzik. Miałam się uczesać i pomalować i dodatkowo pomalować moją szwagierkę - Elę. Ela zdecydowała, że nie będzie dokładać mi roboty i co do uczesania to pójdzie do fryzjera.  Ja jadąc do Białegostoku wzięłam ze sobą jedynie szczotkę i lokówkę. Kilka gumek i wsuwek też się znalazło. Ślub nas godzinę 15, a tu po 12 telefon z płaczem w tle. Ela wróciła od fryzjera. Panika, że ona tak nie pójdzie. Trzeba było szybko wracać. To co zastałam na 6 piętrze wyglądało jak kupka nieszczęścia. Spłakana Ela i ogólny zamęt. Zresztą sami zobaczcie. Tak wyglądała Ela po oddaniu się w ręce profesjonalisty


Mój mąż powiedział, że wygląda to jak powróz. Poskręcane na maxa włosy, tona lakieru i około 20 wsuwek. Dodatkowo cena za to "dzieło" to 100 złotych. Szybka decyzja i pod prysznic myć włosy. Z tym tylko, że mamy około godziny ma fryzurę, makijaż i dojazd do domu Panny Młodej. 

Cóż, motorek w tyłek i zaczynamy. Do dyspozycji lokówka, gumeczki silikonowe, wsuwki i najzwyklejszy grzebień, który mega elektryzował włosy. Po godzinie Ela była gotowa. Niestety nie udało mi się uchwycić makijażu, ponieważ nie ja robiłam zdjęcie. Ale fryzurę widać doskonale. I ten uśmiech, który wynagrodził wszystko. Zdjęcie zrobione jakieś 5 godzin po uczesaniu, ale wszystko pięknie się trzymało, aż do godziny 6 rano dnia następnego.


Pozdrawiam




czwartek, 7 lipca 2016

Muszę się wyżalić



Moją dietę szlag trafił. Tzn dietę z pudełka. Staram się liczyć kalorię i sama przygotowywać posiłki. Jakoś idzie. 

Poza tym od jakiegoś czasu kłócę się z mężem, więc atmosfera w domu nie należy do najlepszych. A wszystko zaczęło się w sobotę, gdy powiedziałam, że dziś on zajmuje się młodym. Na co otrzymałam odpowiedz, że ja "chciałam dziecka, więc mam się nim zajmować". Ogólnie miałam dość. W sobotę zabrał młodego do rodziców, abym mogła odpocząć, w niedzielę przyjechał i wydawało się, że jest ok. Po czym wczoraj jak się dowiedział, że chciałabym chodzić na fitness, to się oburzył i powiedział, że" po co w ogóle chciałam Młodego". No nie mogę z tym człowiekiem. Siedzę z młodym cały dzień, o wszystkim muszę pamiętać, a wieczorem nie mogę wyjść na fitness, bo on z pracy wrócił i jest zmęczony. Ostatnio to wszystko mnie przerasta. Już nie wiem co mam robić. P wraca do domu około 20/21, żeby tylko nie za długo być w domu. Jak chcę gdzieś wyjść to jest tragedia. Nic do niego nie dociera. Non stop tylko powtarza, że on tez nie chodzi do pracy dla przyjemności. Już nie mam siły. Cały dzień spędzam z Młodym, karmię, przewijam, bawię się z nim, chodzę na spacery, usypiam, w nocy ja do niego wstaje. Czy ja naprawdę chcę zbyt wiele. Nie należy mi się nawet chwila bez dziecka. Słyszę tylko, "to nie ma zajęć fitness z dziećmi?" Jestem u progu załamania nerwowego. Nie radzę sobie i nawet nie mam z kim pogadać. Chciałam młodego wysłać na 3 godzinki, dwa razy w tygodniu do żłobka, żeby się bawił z innymi dziećmi, miał z nim kontakt. Ale " czy ja wiem ile to kosztuje". Czasem sama się zastanawiam czy naprawdę zbyt wiele chcę. Czy dobrze zrobiłam decydując się na dziecko. Wczoraj jak położyłam Leosia, to ubrałam się i wyszłam pobiegać. Uwolnić umysł, odstresować się. Skończyło się oczywiście na długim i szybkim spacerze, bo na bieganie, to oczywiście jest o wiele za wcześnie. Moja kondycja leży i kwiczy.  Oczywiście usłyszałam, czy za godzinę będę? Nie było mnie godzinę i oczywiście P w złym humorze, bo wyszłam i zostawiłam go samego. Dziś już raczej nie wyskoczę, bo P już zapowiedział, że wieczorem wychodzi. Zostaje mi zatem ćwiczenie w domu, na 50 cm wolnej podłogi. 

Ktoś dotrwał do końca? 

Pozdrawiam





piątek, 17 czerwca 2016

Dieta, dieta, dieta



Połowa czerwca za nami, a ja nadal trwam w silnym postanowieniu nie poddania się pokusom. Czasem jest ciężko, zwłaszcza w czasie kolacji gdy ja mam np jakąś mała porcję dania, a mąż wcina jakieś rarytasy. Nadal jestem na etapie przyzwyczajania się do wody. Nie znalazłam nadal takiej, która w pełni mi pasuje. Ale staram się pić więcej. Aby nie były to wielkie ilości na raz ( przeraża mnie ta butla wody 2l ) przelewam sobie wodę do butelki 330 ml i z takiej piję. Woda towarzyszy mi wszędzie. Jak gdzieś wychodzę to mam albo w koszyku pod wózkiem Młodego lub w torebce. Nie wychodzę głodna z domu i wtedy mniej kuszą różne rzeczy. Zaczęłam jeść śniadania, co jeszcze niedawno było nie do pomyślenia. Kiedyś myśl o zjedzeniu czegokolwiek rano przyprawiała mnie o mdłości, a próba zjedzenia choćby kromki chleba kończyła się odczuciem puchnięcia jedzenia w buzi. Okropne uczucie. Jem co 3 godziny ( jak niemowlę ) ostatni posiłek o 21, bo spać się kładę dopiero po 1 lub 2 w nocy. Śniadanko o 9 na spokojnie. Największą katorgą było odstawienie słodyczy wszelakich. A te wszystkie cukierki, batoniki, tabliczki czekolady tak się do mnie uśmiechają. Co do ćwiczeń to czasu za bardzo nie mam aby gdzieś wyskoczyć, a w domu z Leosiem to można co najwyżej głowę rozwalić. Trzeba go mieć non stop na oku, bo wszędzie wlezie. Ma 14 miesięcy, a parapety i szafki już nie stanowią problemu do wspinania. Nie ma szans na wieczorny fitness, bo mąż wraca do domu w okolicach 20, wcześniej jak wróci to święto narodowe.  Ciężko bywa, ale nie ma co narzekać. Zawsze mogło być gorzej. Trzeba się w sobie spiąć i nie patrzeć wstecz :) Jedynie spacery ratują mi jeszcze skórę. 

Pokaże Wam ostanie moje posiłki. Co do przepisów, to nie są moje, także ich nie udostępnię. Ale sami zobaczcie jakie pyszności :)


Burger z fasoli z musztardą z mango z cebulką, sałatą i pomidorem



Grilowany kurczak z mixem ryżu i fasolka szparagowa z odrobiną czarnego sezamu



Łódeczki makaronowe z sałatka caprese



Posiłki są dobrze zbilansowane, dietetyczna i przede wszystkim bardzo, ale to bardzo smaczne. Między posiłkami nie podjadam, wody piję ile chcę. Podwieczorki czy II śniadania również są smakowite. Znajdziemy w nich również słodkie rzeczy jak musy pomarańczowe, sałatki owocowe, kisiele itp. 

Dziś juz piątek, pąteczek, piątunio, więc życzę Wam miłego weekendu :)