Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dior. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dior. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 marca 2015

Zakupy ostatnich dni



Ostatni miesiąc był okropny. Cieszę się, że już się skończył, bo już powoli miałam dość. Nerwy ( z rodzinką najlepiej na zdjęciu ) odbiły się trochę na moim samopoczuciu, więc nawet nie miałam siły i ochoty, aby wchodzić na bloga. Mało się to wszystko nie skończyło pobytem w szpitalu, ale na szczęście wszystko się unormowało i wszystko zmierza ku lepszemu. Małż okazał się niezastąpiony w chwilach stresu, płaczu itp. Ale dziś nie o tym. Chociaż po części też się po części przyczynił ten wstęp do tematu dzisiejszego postu. Jako, że zbliża się wiosna, a ja od dawna nie kupiłam sobie nic z kosmetyków ( wszystko obracało się wokół wyprawki dla LJ ) to małż postanowił, że nowe pomadki to jest to co polepszy mi humor. Przy okazji wizyty w galerii jakieś dwa tygodnie temu moje stópki zaprowadziły mnie też do Rossmanna. Z niego wyszłam z nowymi nabytkami w postaci dwóch pomadek Maybelline Color Sensational.



Maybelline 175 Pink Punch i 902 Fuchsia Flash

Nie wiem czemu, ale akurat wybraliśmy obie w odcieniach różu ( lubię takie ostre kolorki ).

Udało mi się też zdobyć rozświetlacz o którym już jakiś czas myślałam bardzo intensywnie. Trafiłam na wyprzedaż u Sylwii i udało mi się zakupić The Balm Mary-Lou Manizer o połowę taniej. 



Później był dzień kobiet i małż obudził mnie rano bukietem pięknych herbacianych róż ( które nie załapały się do zdjęcia). Prezent miałam wybrać sobie sama, więc zdecydowałam się na pomadkę Dior Nude o nr 263 Swan. 



Potrzebowałam pomadki do makijaży typu "no make up".  Ta spodobała mi się najbardziej ze wszystkich które oglądałam. Delikatna a zarazem mająca w sobie coś intrygującego. Może niedługo zrobię makijaż z tą pomadką. 



Dziś słoneczko obudziło mnie z samego rana, rewolucja w szafie z butami i wymyśliłam, że chętnie kupiłabym jakieś nowe buty. Jak to na mnie przystało nie mogłam kupić płaskich. Odwiedziliśmy z małżem Centro, gdzie znalazłam bardzo fajne czółenka w cenie 19,90 zł. Aż głupio było nie brać, zwłaszcza, że są mega wygodne, nawet jak na ten okres ciąży. Już zmierzałam do kasy, gdy mój wzrok powędrował na inną półkę i z pytaniem " a tamte to jakie są" wysłałam małża na zwiady. Przyniósł szaro granatowe czółenka, które bardzo mi się spodobały, a gdy je zmierzyłam to już wcale nie chciałam ich zostawić. Kosztowały 99, 90 zł, ale tak naprawdę w przeliczeniu na parę wyszło 60 zł z groszami. Małż chyba nie mógł patrzeć na moje wielkie oczy a'la kot ze Shreka i postanowił, że weźmiemy obie. Przy kasie tylko z uśmiechem na ustach zapytał " I gdzie ty to wszystko będziesz trzymać?" . Miejsce się znajdzie, nie ma problemu :)A butki, które dziś upolowałam wyglądają tak



 Koniec zakupów na chwilę obecną. Tzn jeszcze nie tak do końca, ponieważ czekam na jeszcze jedne butki, które niebawem powinny się u mnie pojawić. To za sprawą małża. Tak, to wszystko jego wina. 

Pozdrawiam