Moją dietę szlag trafił. Tzn dietę z pudełka. Staram się liczyć kalorię i sama przygotowywać posiłki. Jakoś idzie.
Poza tym od jakiegoś czasu kłócę się z mężem, więc atmosfera w domu nie należy do najlepszych. A wszystko zaczęło się w sobotę, gdy powiedziałam, że dziś on zajmuje się młodym. Na co otrzymałam odpowiedz, że ja "chciałam dziecka, więc mam się nim zajmować". Ogólnie miałam dość. W sobotę zabrał młodego do rodziców, abym mogła odpocząć, w niedzielę przyjechał i wydawało się, że jest ok. Po czym wczoraj jak się dowiedział, że chciałabym chodzić na fitness, to się oburzył i powiedział, że" po co w ogóle chciałam Młodego". No nie mogę z tym człowiekiem. Siedzę z młodym cały dzień, o wszystkim muszę pamiętać, a wieczorem nie mogę wyjść na fitness, bo on z pracy wrócił i jest zmęczony. Ostatnio to wszystko mnie przerasta. Już nie wiem co mam robić. P wraca do domu około 20/21, żeby tylko nie za długo być w domu. Jak chcę gdzieś wyjść to jest tragedia. Nic do niego nie dociera. Non stop tylko powtarza, że on tez nie chodzi do pracy dla przyjemności. Już nie mam siły. Cały dzień spędzam z Młodym, karmię, przewijam, bawię się z nim, chodzę na spacery, usypiam, w nocy ja do niego wstaje. Czy ja naprawdę chcę zbyt wiele. Nie należy mi się nawet chwila bez dziecka. Słyszę tylko, "to nie ma zajęć fitness z dziećmi?" Jestem u progu załamania nerwowego. Nie radzę sobie i nawet nie mam z kim pogadać. Chciałam młodego wysłać na 3 godzinki, dwa razy w tygodniu do żłobka, żeby się bawił z innymi dziećmi, miał z nim kontakt. Ale " czy ja wiem ile to kosztuje". Czasem sama się zastanawiam czy naprawdę zbyt wiele chcę. Czy dobrze zrobiłam decydując się na dziecko. Wczoraj jak położyłam Leosia, to ubrałam się i wyszłam pobiegać. Uwolnić umysł, odstresować się. Skończyło się oczywiście na długim i szybkim spacerze, bo na bieganie, to oczywiście jest o wiele za wcześnie. Moja kondycja leży i kwiczy. Oczywiście usłyszałam, czy za godzinę będę? Nie było mnie godzinę i oczywiście P w złym humorze, bo wyszłam i zostawiłam go samego. Dziś już raczej nie wyskoczę, bo P już zapowiedział, że wieczorem wychodzi. Zostaje mi zatem ćwiczenie w domu, na 50 cm wolnej podłogi.
Ktoś dotrwał do końca?
Pozdrawiam


